Oder-Neiße-Radweg – rowerami z sakwami wzdłuż zachodniej granicy Polski

Naszą przygodę ze szlakiem Oder-Neiße-Radweg zaczynamy w Węglińcu, gdzie docieramy pociągiem z Tomaszowa Mazowieckiego z przesiadką we Wrocławiu.

Początkowo zastanawialiśmy się nad początkiem w Szklarskiej Porębie, jednak po analizie trasy i lekturze innych podróżników doszliśmy do wniosku iż wariant od Węglińca, a w zasadzie to od Bogatyni będzie lepszy. Całość chcemy przejechać w 8 dni, zatrzymując się na noclegi na kwaterach w Polsce, średnio pokonując około 80-90km, przy okazji zwiedzając wszystko co będzie po drodze.

Dzień pierwszy – Węgliniec-Bogatynia

Węgliniec

Małe miasteczko niczym się nie wyróżniające, ciche, wyludnione, nie ma potrzeby zatrzymywać się tutaj na dłużej. Dworzec PKP straszy. W czasie gdy jechaliśmy, Węgliniec był ostatnią stacją, do której można było dotrzeć pociągiem. Dalej zostaje autobus lub jak w naszym przypadku rower.

Henryków

Niewielka wieś, na której skraju rośnie najstarsze drzewo w Polsce – Cis Henryk. Pewnie zapytacie czy warto tam pojechać je zobaczyć, sfotografować. Zdecydowanie odradzamy, szkoda czasu. Drzewo niczym specjalnie się nie wyróżnia od innych poza tym, że jest bardzo zniszczone i otoczone systemami nawadniającymi, zacieniającymi. Drzewo otoczone jest rusztowaniami i tak naprawdę niewiele widać.

Lubań

Kolejne małe miasteczko, tym razem warte odwiedzenia, my zobaczyliśmy rynek oraz fragment starego miasta. Jako, że do przejechania mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, nie zatrzymywaliśmy się tutaj na dłużej.

Frydlant

Miasteczko po czeskiej stronie z widocznym na wzgórzu zamkiem. Centrum nie wyróżnia się specjalnie niczym. Pod zamek jednak warto podjechać i zrobić kilka zdjęć.

Bogatynia

Nasze miejsce noclegowe. Zwiedzanie zostawiamy na jutrzejszy wczesny poranek.

Dzisiejsza trasa jest przeznaczona dla nieco bardziej wprawionych rowerzystów, gdyż prowadzi przez liczne wzniesienia. Długi, 10 km podjazd zaczynający się przed granicą z Czechami z nachyleniem pod koniec wahającym się od 5-8 procent weryfikuje umiejętności.

Długość trasy około 78 km, suma podjazdów około 500m.

Zdjęcia z dnia pierwszego

Dzień drugi – Bogatynia – Przewóz

Dzień zaczynamy wcześniej, około 5:30 od zwiedzenia Bogatyni. Miasteczko jest jeszcze uśpione. Na drogach jest niewiele samochodów. Mieszkańcy dopiero się budzą.

To tu istnieje dzielnica domów szachulcowych, a w jednym z nich mieliśmy przyjemność nocować. To miejsce robi wrażenie i jest godne zobaczenia.

Na noc zatrzymaliśmy się w „Pokojach gościnnych u Eweliny”, może nie jest to najtańszy nocleg, jednak dom, wnętrze oraz właścicielka zrobiły na nas miłe wrażenie. Zaoferowała nam m.in. jajka na śniadanie, które mieliśmy przyjemność zjeść w tamtejszej kuchni.

Trójstyk – miejsce gdzie spotykają się granice Polski, Czech i Niemiec. Bardzo łatwo tam dotrzeć, gdyż jest dobre oznakowanie trasy prowadzącej w to miejsce.

Żytawa – Zittau

Niemieckie miasto w pobliżu granicy z Polską. Dobrze zachowane stare miasto, piękna zadbana zabudowa. Niesamowicie prezentuje się o poranku, gdy ruch na drogach jest jeszcze niewielki.

Oznakowanie trasy ONR od Zittau jest doskonałe. Nie mamy żadnych problemów z odszukaniem kolejnych drogowskazów. Trasa z idealnie równym asfaltem, jest oddzielona od głównej drogi.

Ostritz

Miasto zachwyca architekturą, podobnie jak Żytawa jest zadbane, odnowione. Dobre kilkanaście minut krążymy po centrum. Jedyne co nam się nie podobało to spore ilości wycieczek.

Na chwilę opuszczamy ONR i jedziemy po Polskiej stronie. Chcemy odwiedzić Radomierzyce. To tam znajduje się pałac, ponoć godny odwiedzenia. Zatrzymuje nas brama, okazuje się, że pałac jest w rękach prywatnych i nie ma możliwości jego zobaczenia. Tak więc można to miejsce skreślić z pozycji do odwiedzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zgorzelec/Gerlitz

Miasto pęknięte na pół, ta ciekawsza część znajduje się po niemieckiej stronie, ponownie zachwyca architektura starego miasta. Po drugiej stronie Nysy wygląda to nieciekawie. Jest brudno, wszędzie remonty. A my szukamy czegoś do jedzenia. Jest jeszcze dość wcześnie, ale odnajdujemy otwartą restaurację z chińskim jedzeniem. Zamawiamy 2 różne potrawy, są pyszne, porcje duże. Z pełnymi brzuchami wyjeżdżamy z miasta. Szlak prowadzi mało uczęszczanymi ścieżkami, Pojawia się dość paskudny podjazd po kocich łbach. Jazda z sakwami praktycznie jest niemożliwa.

Rottenburg

Małe niemieckie miasteczko, tuż przy granicy, przypomina wcześniej zwiedzane przez nas małe miejscowości. Wyjeżdżamy z Niemiec do Polski.

Przewóz

Maleńka mieścina, w której czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu z drobnymi wyjątkami. Te wyjątki to odświeżone centrum, wieża głodowa, kościół i w zasadzie to wszystkie atrakcje.

To tutaj zatrzymaliśmy się na nocleg w Hostel Bike Kempingu. Zarezerwowany domek okazał się, sauną, Wewnątrz gorąco, maleńka przestrzeń, z jeszcze mniejszą łazieneczką sprawiły, że po rozmowie z właścicielem zamieniliśmy go na pokój w hotelu. Okazało się to dobrym wyborem, pomijając cenę. Ale warunki zdecydowanie lepsze.

Długość trasy około 116 km

Zdjęcia z dnia drugiego

Dzień trzeci – Przewóz – Gębice

Droga do Mużakowa po Polskiej stronie, jest drogą przez mękę. Niestety trudno tutaj mówić o asfalcie. Spore odcinki to kostka brukowana i kamienie. Mimo pięknych widoków marzymy o wydostaniu się stąd jak najszybciej i powrót na ONR.

Po drodze jest jednak coś co nas zmusza do walki z polskimi drogami. To tereny pokopalnianie w okolicach Łęknicy. Trasa geoturystyczna prowadzi między kolorowymi jeziorkami. Widoki zachwycają.

Mużakow

Wracamy na niemiecką stronę, miasteczko zachwyca, w szczególności niesamowity park i zamek. Mija dobre kilkanaście minut zanim decydujemy się ruszyć dalej.

Tuż za miastem po raz pierwszy pojawiają się rozbieżności pomiędzy oficjalną mapą ONR, a zastaną rzeczywistością. Szlak jest nieco inaczej poprowadzony, trzeba bardziej uważać na oznaczenia. Czy nowy wariant jest lepszy? Trudno powiedzieć, wydaje się, że jest dłuższy nie wprowadzając nic ciekawego w zamian.

Za to sam odcinek ONR robi wrażenie, prowadzi lasami – doliną Nysy. Co jakiś czas nad naszymi głowami widzimy wielkie mosty łączące dwa kraje. Odcinek licznie „wyposażony” w lawki jak i wiaty, w cieniu drzew można w spokoju odpocząć, bądź zrobić popas.

Za Forstem, wracamy do Polski, zaskakuje nas bazar. Wszystkie ceny w euro, wszyscy do nas mówią po niemiecku. Uciekamy z tego miejsca na boczne drogi prowadzące przez Janiszowice i Mielno. Droga jest mordęgą. Cały czas kamienie, kostka i cały czas jedziemy pod górę. Na dokładkę chcąc skrócić sobie drogę kierujemy się drogą na Węgliny. Początkowo był to szuter, dalej droga leśna coraz bardziej zarośnięta. Jednak krótki odcinek może 300m przed wyjazdem z lasu dał nam popalić. Pokonywaliśmy go kilkanaście minut, a w międzyczasie wszystkie okoliczne komary przyleciały na kolację. Głównym daniem byliśmy my 🙂 Off nieco odstraszył latające eskadry wroga…, ale z boju wychodzimy mocno poturbowani.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od Węglan trzymamy się raczej dróg wojewódzkich licząc na to, że nie wyprowadzą nas na manowce.

Docieramy na nocleg do Gębic. Maleńkiej wioski z dala od głównej szosy, gdzie oglądamy niesamowite ruiny kościoła i odwiedzamy tutejszy sklep, w którym sprzedawcą jest bardzo niesympatyczny pan. Tutaj chleb wydawany jest na kartki. Zatem warto zrobić zakupy w sąsiedniej miejscowości udając się do niżej wymienionej agroturystyki.

Agroturystyka nad stawem „Zielony Zakątek”. To tutaj mamy dach nad głową na kolejną noc. Dzięki uprzejmości właścicielki korzystamy po raz pierwszy na wyprawie z pralki.

Długość trasy około 92 km

Zdjęcia z dnia trzeciego

Dzień czwarty – Gębice – Słubice

Jak zwykle wyruszamy bladym świtem, z racji tropikalnych temperatur, jakie to towarzyszą Polakom od kilku tygodni. W chłodne poranki i dopołudnia znacznie lżej się jedzie, nizeli w spiekocie dnia.

Gubin/Guben

Miasto podobnie podzielone jak Zgorzelec. Po polskiej stronie została ta „gorsza część”. Niemiecka jest kwitnąca, część polska pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Zatrzymujemy się przy niewielu ocalałych zabytkach w mieście. Robimy przerwę na śniadanie i dopiero po pół godzinie ruszamy na ciąg dalszy ONR.

Szlak robi się trochę nudny. W większości poprowadzony jest po wałach, bądź tuż obok. Prócz przyrody, ciszy i spokoju nie ma nic… żadnych zabytków, żadnych punktów, aby móc choć na chwilę się zatrzymać.

Na siłę szukamy atrakcji, na mapie jest coś oznaczone jako plac Michaela Jacksona. Tyle, że nasz Niemiecki jest mocno średni ;). Tak więc plac okazuje się placykiem zabaw w małej miejscowości Ratzdorf.

Frankfurt nad Odrą

Przez chwilę kręcimy się po mieście, przy Odrze, bulwary wyglądają całkiem przyzwoicie, jednak centrum zupełnie nie zachwyca. Betonowe klocki z powkładanymi gdzieniegdzie nieco bardziej zabytkowymi budynkami, dwa byłe kościoły przy rzece spełniają funkcję kulturalne. W jednym z nich jutro wieczorem ma odbyć się jakiś koncert. Niestety, jutro nas tu już nie będzie, a szkoda.

To chyba pierwsze Niemieckie miasto, które jest tak brzydkie.

Słubice

Typowe Polskie przygraniczne miasteczko. Wszędzie pełno Niemców, z rzadka słychać Polski język. Krótki odcinek jednej z ulic spełnia rolę deptaka i… w zasadzie to wszystko.

Nocleg mamy w Hotelu Sportowym Słubickiego OSIRu. Zaskakuje nas ukraińska obsługa, jest niesamowicie miła, dopasowują się do naszych wymagań. Zgadzają się na przygotowanie śniadania o godzinie 6:00. Hotel zapewnia darmowe wejście na basen odkryty. Pokój odnowiony, czysty, za to korytarze przypominają głęboki PRL. Na korytarzu czajnik, z którego mogą do woli korzystać goście.

Długość trasy około 100 km

Zdjęcia z dnia czwartego

Dzień piąty – Słubice – Moryń

Wyjeżdżamy ze Słubic do Frankfurtu nad Odrą, a dalej jedziemy szlakiem ONR, na którym praktycznie nic nie ma. Widać tylko, pola kukurydzy, łąki, rzekę i wały. Odcinek totalnie nudny.

Do Polski wracamy na wysokości Kostrzyna nad Odrą, gdzie w pierwszej kolejności odwiedzamy twierdzę i stare miasto, a raczej to co z niego pozostało. Przyznamy się, że zrobiło to na nas przygnębiające wrażenie.

Po polskiej stronie odwiedzamy kolejne kościoły, w tym jeden związany z Templariuszami w Chwaszczanach. Stare Gotyckie mury wywarły na nas wrażenie, szkoda, że wnętrze się nie zachowało.

Mieszkowice

Miasteczko, które na mapie wyglądało jak każda inna mała miejscowość, ale gdy docieramy na miejsce okazuje się, że świetnie zachowało się stare miasto i mury obronne. Mimo tego, że jest to niewielka miejscowość, to mija kilkanaście minut nim decydujemy się je opuścić

Moryń

Miasteczko takie sobie. Sam rynek jest przyzwoity, maleńki. Mury obronne, kościół i w zasadzie to wszystko. Za to na miejscu można kupić pyszne lody z miejscowej lodziarni, co też uczyniliśmy. O większych zakupach w niedzielę, możemy zapomnieć. Bez problemu można kupić jedynie alkohol. O chlebie czy warzywach można zapomnieć.

Nocleg w agroturystyce na Lipowej (Noclegi w Moryniu, Kolaczyk Tadeusz)

Właściciel niestety jest niezłym ściemniaczem, przez tel. informował nas, że ma tylu gości, że musi sprawdzić w kalendarzu czy ma wolny pokój. Na miejscu okazało się, że jesteśmy sami. Nikogo nie ma. A pokój… cóż.. domek na prerii z pajęczynami i pająkami pod prysznicem i nietylko (sugeruje to, że od dłuższego czasu nikt nie wynajmował tych pokoi). Pech chciał, że w Moryniu była awaria prądu. Dodatkowo nie było wody. Dopiero po około godzinie sytuacja się poprawiła.

Długość trasy około 91 km

Zdjęcia z dnia piątego

Dzień szósty – Moryń – Chojna – Wisełka

Po rachunku sumienia doszliśmy do wniosku, że mamy zbyt mało czasu by kontynuować jazdę szlakiem ONR, dlatego też w Chojnej wsiadamy do pociągu, który ma nas dowieźć do Świnoujścia z przesiadką w Szczecinie.

Chojna

Stara część miasta zachowała się we fragmentach, dwie bramy wjazdowe, kościół, stary ratusz i fragmenty murów obronnych. Nowa część miasta jest nijaka, mimo to, warte odwiedzenia.

Świnoujście

Przesiadka w Szczecinie sprawia nam spore problemy. Remont dworca i torowisk skutecznie utrudnia nam przedostanie się z peronu czwartego na pierwszy. Operacja obejmująca tachanie rowerów z sakwami zajmuje nam dobre 20 minut. Odpuszczamy zwiedzanie miasta i jedziemy do Świnoujścia.

Tam zaraz po wyjściu z pociągu wsiadamy na prom i płyniemy na wyspę Uznam. W pierwszej kolejności podjeżdżamy do informacji turystycznej, gdzie pobieramy mapy okolicy.

Korzystając z piaszczystego szlaku R-10 próbujemy dostać się w okolice wiatraka, oznaczenia i mapa są tak niedokładne, że kilka razy wspomagamy się nawigacją, by określić gdzie jesteśmy.

Szybkie zdjęcie wiatraka z daleka i wracamy na szlak, a raczej kierujemy się na główną promenadę części uzdrowiskowej. Kilka kilometrów takiej jazdy i obydwoje mamy dość, jeszcze czeka nas podobny fragment po stronie niemieckiej. Za dużo rowerzystów, pieszych, czasami powstają korki, tu trzeba mieć oczy na około głowy.

To, co rzuciło nam się w oczy i w uszy to niesamowicie niemili ludzie. Nikt nie odpowiada na powitanie, wszyscy patrzą spode łba. Ktoś na nas naskakuje, kierowcy chcą nas zabić. Zupełnie odwrotna sytuacja niż na południowej części szlaku. Uciekamy na boczne drogi. Próbujemy objechać jeziorka docieramy do miejscowości Selin. Tutaj zaskakują nas budynki kryte strzechą i droga która wg mapy jest asfaltowa, a w rzeczywistości okazuje się leśną, piaszczystą.

Po jakimś czasie decydujemy się na powrót do Polski. Za Świnoujściem, na wysokości Przytóru skręcamy ponownie na szlak R-10, biegnie on w lesie, całkiem przyzwoitą ścieżką. Szlak na kilku krótkich odcinkach piaskowy, ale zbytnio to nam nie przeszkadza, mimo to, że jedziemy z sakwami. Szlak z kilometra na kilometr przybliża się do morza.

Międzyzdroje

Omijamy szerokim łukiem – odstrasza nas bardzo duża ilość turystów. Droga wojewódzka 102 do Wisełki, to droga wiodąca pod górę, z licznymi zakrętami i dużą ilością samochodów, dłuży się niemiłosiernie. Nie powiemy, męczymy się na niej.

Wisełka

Mała wioska, oddalona o 1 km od morza, ze szkołą, kilkoma sklepami, kościołem i Pensjonatem „Perła” z restauracją. To tutaj mamy zarezerwowany nocleg. Po dotarciu do pokoju, pora by zjeść kolację. Schodzimy na dół – zamawiamy po „daniu dnia”. Nie dość, że tanio, to jeszcze bardzo smacznie. Dodatkowym atutem tego miejsca są przesympatyczni właściciele, którzy prowadzą z nami ciekawą konwersację. Aż by się chciało zostać na śniadaniu, niestety wydawane ono jest dopiero od 9:00, my o tej porze pewnie bedziemy gdzieś w połowie trasy. Pora się odświeżyć, zaplanować trasę na następny dzień, zarezerwować kolejny nocleg, zajrzeć do sklepu, no i obowiązkowo pójść na zachód słońca. Droga przez las jest bardzo przyjemna, plaża szeroka, a zachód słońca? Zobaczcie sami.

Długość trasy około 87 km

Zdjęcia z dnia szóstego

Dzień siódmy Wisełka – Stepnica

Dziś ruszamy nieco później niż zwykle, bo parę minut po 7:00.

Dziwnów

Miasteczko z mostem zwodzonym , promenadą nadmorską z której to bardzo chętnie korzystamy, to tu zatrzymujemy się co chwilę, by spędzic ostatnie chwile nad morzem. To stąd do Kamienia Pomorskiego prowadzi nas piękna, asfaltowa, oddzielona od drogi, droga dla rowerów, przy której bardzo licznie rosną kolorowe polne kwiaty. Aż chce się jechać i jechać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kamień Pomorski

Niespełna 9 tysięczne miasto, o statusie uzdrowiska nie zachwyciło nas niczym, pomimo iż znajdują się w nim katedra, baszta oraz ratusz. Warto wspomnieć o sklepie rowerowym, który uratował nas z opresji. Przyda nam się nowa opona i dętka 🙂

Im bliżej końca wyprawy, tym bardziej jesteśmy zmęczeni, wiatr płata nam figle i wcale nam nie pomaga, a żar, który leje się z nieba nie jest przyjemny.

Wolin

Podziwiamy go w oddali, rzuca nam się w oczy kościół pw. św. Mikołaja Bp oraz Centrum Słowian i Wikingów.

Stepnica

Ostatni odcinek dzisiejszej trasy to 25 km pusty przelot. Oprócz pól, wiatraków nie ma tutaj nic, umordowani docieramy na następny nocleg. Willa Epiona okazuje się stzrałem w dziesiątkę. Jest tutaj wszystko, czego pragniemy. Przytulny pokoik, który na nas już czeka, duża, bardzo dobrze wyposażona kuchnia, prysznic, wanna, pralka i wygodne łóżka 🙂 Zmęczeni podjeżdżamy do pobliskiego centrum, gdzie odnajdujemy Biedronkę, to tu kupujemy zupę – mrożonkę, pampuchy i jogurty na ostatnią, pyszną kolację. Zwiedzanie miasteczka zostawiamy na jutrzejszy poranek.

Długość trasy około 83 km

Zdjęcia z dnia siódmego

Dzień ósmy Stepnica – Szczecin PKP

Wybiła 5:30, kiedy to ruszamy w stronę Szczecina, to w nim zakończy się nasza wyprawa. Ale zanim tam dojedziemy, pora na objazd Stepnicy. Podjeżdżamy pod zabytkowy kościółek św. Jacka, oraz bazę rybacką nad Zatoką Stepnicką, przy której usytuowany jest wyróżniający się budynek szachulcowy – to Tawerna Panorama.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Goleniów

Przed Goleniowem gubimy drogę, ale na chwilę 😉 Kilka kilometrów więcej, nie zaszkodzi. Miasto zaskakuje, w sąsiedztwie blokowiska można zobaczyć Bramę Wolińską oraz potężny Kościół pw. św. Katarzyny, oraz nad rzeką Iną – spichlerz zbożowy. To wszystko ze sobą nie współgra, nie pasuje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szczecin

Przed wejściem do pociągu chcielibyśmy odwiedzić jeszcze centrum tego miasta, a także Stare Miasto. Droga przez Pucice, Załom i Dąbie jest bardzo trudna, wije się w nieskończoność. W drodze do centrum gdzieś w podświadomości zadajemy sobie pytanie, czy zdążymy na pociąg ze stacji Dąbie? Przecież musimy tam jeszcze wrocić. Na miejscu zaskoczenie. Odnajdujemy tylko Zamek Książąt Pomorskich, jeździmy po okolicznych zaułkach, uliczkach…trafiamy na Muzeum Narodowe, Pomnik Ofiar Grudnia 1970 oraz na aleję Kwiatową – to w tym miejscu dochodzimy do wniosku, że pora wracać. Wracać pociągiem do Stacji Dąbie, inaczej się spóźnimy. Na Dworcu Głównym mamy trochę czasu, zjadamy wczesny obiad i pędzimy na peron. Pociag już stoi. Na Dąbiu okazuje się, że pociąg mamy nieco później niż się nam wydawało. Tak więc ruszamy na podbój tej dzielnicy. Odnajdujemy kościół Wniebowzięcia NMP oraz fragment średniowiecznych murów. Pora wracać na stację. Przed nami siedmiogodzinna podróż koleją do domu.

Zdjęcia z dnia ósmego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *